Publikacje o lektorach
ARTYKUŁY, AUDYCJE, FILMY

Permanentny przegląd prasy, portali internetowych, społecznościowych, radia i telewizji. Zbieramy wszelkie publikacje na temat lektorów i ich pracy. Efekt naszych poszukiwań znajdziesz w tym dziale. Jeśli masz coś czego tu nie ma, podziel się linkiem! Koniecznie daj nam znać!

Tytuł: Marcin Sanakiewicz – Nie paliłem mostów
Autor: Przemysław Strzałkowski
Źródło: PolscyLektorzy.pl
Data publikacji: 17.05.2019
 
Cykl wywiadów BLIŻEJ MIKROFONU jest autorskim przedsięwzięciem portalu PolscyLektorzy.pl. Rozmawiamy z lektorami nie tylko o doświadczeniach zawodowych, ale też o tym, co ich osobiście ukształtowało, co ich porusza poza pracą. O sprawach, których nie znajdziecie w notkach encyklopedycznych. Choć oczywiście polecamy opracowane przez nas biografie w bazie SYLWETKI LEKTORÓW.

Przemysław Strzałkowski polscylektorzy.pl: Czy lubisz wstawać wcześnie?

Marcin Sanakiewicz: Ponieważ muszę, to lubię. Mam dwóch malutkich, wspaniałych synków: Stanisław Maria ma 4,5 roku, a Mikołaj Maria jest 3-letni. Jest u nas rodzinna tradycja, że na drugie każdy chłopak dostaje „Maria”. Wychodzi z tego taka akcja, że inicjały starszego syna to „SMS”, a młodszego „MMS”. Idealnie – medialnie, komunikacyjnie. Mój najstarszy, niemal 17-letni syn jako jedyny wyłamał się z tej zasady i jest po prostu Krzysztofem. Generalnie lubię wstawać wcześnie, bo wiem, że przede mną jest cały dzień i mam poczucie rytmu zgodnego z naturą. Ale dlaczego pytasz o poranki?

 


Zamierzam sprytnie przejść do Twojej pracy dla telewizji śniadaniowej. Byłeś wydawcą. O której trzeba przyjść?

Byłem też redaktorem, drugim wydawcą, a także lektorem – głosem programu „Pytanie na śniadanie”. Przez siedem albo osiem lat czytałem codzienne wydania, felietony dla poranków. Natomiast jeżeli chodzi o pracę wydawcy, rzeczywiście trzeba wstać wcześnie rano. Program rusza między 6 a 7, w przypadku weekendów między 7 a 8.  Przynajmniej tak było, nie wiem, jak jest teraz. Trzeba wstać o czwartej, szybko się zebrać. Oczywiście program jest przygotowany wcześniej, mamy scenariusz, wszystko jest umówione – kolejność, goście. Jest cała ekipa ludzi pracująca nad tym, żeby wszyscy przyszli punktualnie, żeby ich przywieźć, odwieźć i tak dalej.
Programy poranne są specyficzne, bo nadawane na żywo. W związku z tym to nie jest nagrywane, nie jest spokojnie. Wszystko dzieje się „tu i teraz”, więc musi być zaplanowane. Choć czasem zaimprowizowane, ale dobrze przemyślane. Wstajesz jeszcze wcześniej, jeżeli trzeba gdzieś dojechać, by robić wejście na żywo. Na przykład pogodowe albo relację z wydarzeń, które – jak wiadomo – nie dzieją się rano, więc trzeba je wcześniej wymyślić, zaaranżować. Poprosić ludzi, żeby przyszli na tę szóstą, zrobili sobie make up’y…

Formuła tylko pozornie wydaje się luźna. Jaki sztab ludzi pracuje na program poranny?

To zależy od stacji, od rozmachu i budżetu programu. W „Pytaniu na śniadanie” zespół wydania weekendowego – licząc wszystkich, czyli także koleżanki i kolegów z techniki, operatorów realizacji – to było coś około czterdziestu osób. Sama redakcja między pięć a dziesięć. Plus oczywiście prowadzący, którzy też są ważnymi członkami redakcji. 

A czy jest jakiś kanał TVP, dla którego nie czytałeś? (śmiech)

Nigdy? Dla TVP Parlament, bo jest taki kanał. Natomiast dla TVP1 – cały czas, dla TVP2 – też, TVP Seriale, TVP Historia – też, dla ABC zdarzało mi się kilkakrotnie, dla TVP HD i TVP Kultura też mi się zdarzało. Dla Biełsatu nie czytałem… (Biełsat TV - kanał telewizji satelitarnej adresowany do widzów na Białorusi, prawnie wchodzący w skład Telewizji Polskiej – przyp. red.) Chociaż – nie! Też czytałem, jakieś spoty reklamowe.
To w ogóle ciekawa przygoda, bo kiedy podjąłem jedną z pierwszych męskich decyzji w życiu – to było w 2002 – o wyjeździe z Krakowa do Warszawy, swoje pierwsze kroki skierowałem właśnie do Telewizji Polskiej przy Woronicza 17. Jako zupełny golas, można powiedzieć, w zasadzie dziecko. Dwudziestodwulatek przychodzi do telewizji i mówi „Dzień dobry, jestem lektorem i chciałbym czytać”. Trwało chwilę, zanim udało mi się tam dostać. Jakieś zastępstwo, okres wakacyjny – i tak zostało.
Dzisiaj jest inaczej. Zdarzało mi się – teraz już rzadziej – strzelić jakiś mały „foszek”, jeśli mi się tekst nie podobał. Albo coś dowolnie pozmieniać, albo powiedzieć: „Wszystko miało być gotowe 15 minut temu, ileż można czekać. Wychodzę, nie mam czasu!”. – Poczekaj! - takie głupie sytuacje. Telewizja Polska była pierwszą firmą, z którą udało mi się nawiązać stałą współpracę już w Warszawie i bardzo sobie tę pracę cenię. Rzeczywiście, to w sumie dziwne, żeby jeden głos był na aż tylu antenach, prawda? Rzadko się to spotyka. Czasem sam się zastanawiam, ile to jeszcze może potrwać. Czy może ktoś się kiedyś zorientuje: „Ej, słuchajcie, ten głos czyta tu i tu!” Ale póki co nikt tego nie zmienia, trwamy dzielnie w swoich pracach. Zresztą w ogóle głosy Telewizji Polskiej nie zmieniły się tak naprawdę od lat. Jest nas kilku i raczej nie jesteśmy wymieniani, mimo zmian politycznych i tak dalej.

Zatem nie wywołujmy wilka z lasu, niech tak pozostanie.

Cisza nad tą… cisza o tym, o! Nie używajmy też metafor, które mogą przynieść pecha! (śmiech)

Zmieńmy temat, zanim ktoś się zorientuje (śmiech). Co powodowało Tobą, gdy przenosiłeś się z Krakowa do Warszawy? Chęć zmiany – to zrozumiałe. Uznałeś, że w Krakowie już bardziej się nie rozwiniesz?

Gdy ktoś mnie o to pytał, przez długie lata mówiłem, że w Krakowie udało mi się dotrzeć do ściany, że byłem już w każdym radiu, w każdym studiu i bardziej bym się nie rozwinął. Ale nie wiem, czy to nie było dorabianie ideologii. Dzisiaj z perspektywy 17 lat w zasadzie nie wiem, co mną kierowało. Pewnie trochę też chęć zmiany jako takiej, rzucenie sobie wyzwania. Także to, żeby spróbować zarabiać więcej. Jak pamiętasz, chodziły legendy o tym, jak zarabiają lektorzy w Warszawie, jakie są stawki.

 


Właśnie, legendy o stawkach. Czy nie są one przesadzone, przynajmniej w wielu przypadkach?

W wielu przypadkach są… Oczywiście, zawsze może się trafić tak zwany „złoty strzał”. Co nie zmienia faktu, że z tego zawodu można i bez tego całkiem nieźle żyć. Mimo, że poza lektorowaniem pracowałem w zawodzie dziennikarza, redaktora-wydawcy, ale też pianisty, czy obecnym wykładowcy na UMCS-ie w Lublinie, ciągle moją bardzo dużą częścią pracy jest czytanie.
Jeśli chodzi o stawki legendarne typu „sto tysięcy za kampanię”, „pół miliona za wyłączność” i tak dalej – mnie to nie spotkało… Może i dobrze. I nie wydaje mi się, by można było mówić o budżetach nawiązujących do amerykańskiego rynku.

Jeśli chodzi o zmiany – może nie wszystko musi być racjonalne? Może warto pójść za impulsem?

Tak, impuls powtórzyłem dokładnie cztery lata temu, z kilkoma dniami.

Znowu spora życiowa wolta…

Właśnie, mam na myśli Lublin. Od 2015 roku mieszkam w Lublinie z moją wspaniałą żoną Anią, którą zresztą poznałem w telewizji. Jest lublinianką… Lubel-Anką (śmiech). Skoro przeniosłem się z Krakowa do Warszawy, to co mną kierowało, że przeniosłem się z Warszawy do Lublina? Życie jest podróżą, jest zmienne. Wcześniej nie szukałem spokoju, ale teraz poszukuję spokoju, stabilizacji, rodzinnego gniazdka. Przestrzeni, w której jestem ja, żona, dzieci, są psy, jest zieleń…

Okolica czterdziestki to moment przełomu w myśleniu?

Jest, bo wcześniej – w okolicach dwudziestki – zmiana to podstawa egzystencji, ontologia jest oparta na zmianie. A tutaj – zmiana, poszukiwanie, żeby było spokojniej. Nie wiemy z Anią, gdzie będziemy mieszkali za, powiedzmy, piętnaście lat. Rozważaliśmy ostatnio, że może Portugalia, może Hiszpania… gdzieś, gdzie jest ciepło. Nie chodzi oczywiście o miesiące letnie, gdy jest upał nie do wytrzymania. Mówię o tych szarych miesiącach od listopada do marca, a nawet kwietnia. Bo dziś za oknem też nie ma wielu stopni.
Przywiązanie do miejsca… nie mamy go. Mój tata też nie miał i chyba nadal nie ma, bo właśnie się przeprowadził. Zresztą… mieszkał w Lublinie ładnych kilkanaście lat, grał w teatrze, stał się lublinianinem. Lublin jest w moim życiu istotny, ważny. Gdy byłem małym chłopcem i przyjeżdżałem do taty mówiłem, że kiedyś będę mieszkał w Lublinie.

Duże słowo, ale… przeznaczenie?

Na pewno przeznaczenie. W Krakowie, gdy byłem noworodkiem, mieszkaliśmy przy ulicy Lubelskiej. Nie mam pojęcia, którędy to idzie i dlaczego, ale to co lubelskie pojawia się w moim życiu od urodzenia. Nie wiem, czy tam zostanę, ale to jest piękne miasto. Tam udało mi się też obronić doktorat, tam dostałem pracę na uczelni – co wcale nie jest takie proste w przypadku absolwentów studiów doktoranckich. Mam tam wspaniałych przyjaciół, kolegów z pracy i wspaniałego promotora, obecnie kierownika, którego serdecznie pozdrawiam. Pozdrawiam cię, Janie! (śmiech).

 



Napisałeś dwie książki o telewizji. To może karkołomne, ale wyjmijmy z tytułu jednej z nich sformułowanie „telewizja ponowoczesna”. Czy mógłbyś przybliżyć, co ono znaczy? Brzmi bardzo naukowo.

Zarówno moja pierwsza książka, czyli „Poetyka telewizyjnych programów porannych” ma niezły, naukowy tytuł, jak i druga „Telewizja ponowoczesna”. W podtytule są „Logiki i imaginacje medialne”. Logiki, czyli sposób postępowania telewizji z tym, co obrazuje, jak organizuje nam rzeczywistość. O co chodzi z ponowoczesnością? Otóż wszystkie youtuby, streamingi, serwisy, platformy, agregaty treści: nie jest tak, że one nie są współczesną telewizją, że to jest tylko internet, sieć, www. Nowe media – szczególnie wizualne – w bardzo dużej mierze przejmują elementy formatów telewizyjnych. Telewizyjnych narracji, kadrowania rzeczywistości (niekoniecznie filmowego, bo film ma punkty węzłowe akcji). To sposób zorganizowania rzeczywistości przez telewizję – ekrany, kamery, zarówno kamery przemysłowe jak i całą masę ekranów w sklepach, restauracjach.
Byłem ostatnio w pizzerii; facet robił pizzę, a nad nim był ekran pokazujący, jak on robi pizzę. Mimo, że wszystko było świetnie widać, bo wszystko było przeszklone. Mamy taką logikę społeczną, kulturową postępowania z rzeczywistością, że lubimy ją obrazować. A obraz nie ma jakiejś stałej, jednej ramy. To nie jest obraz, który wisi na ścianie i podziwiamy go jako dzieło sztuki. To obraz, który z nami w pewien sposób rozmawia, który pewne rzeczy nakazuje: jak mamy postępować, jak się zachowywać. Chociażby robienie sobie selfie z „dzióbkami”, nagrywanie w stylu japońskich turystów. Właśnie – teraz jest mniej zdjęć, a więcej materiałów video. Mamy pojemniejsze karty pamięci w smartfonach, w aparatach fotograficznych. Technologia jest tańsza i dostępna dla każdego. Na poziomie może niekoniecznie profesjonalnym, ale na poziomie nawiązującym do technologii telewizyjnych.
Trzecia książka „Telewizja i performans” powinna ukazać się jeszcze w tym roku. Performatyka to rozproszona, interdyscyplinarna dziedzina wiedzy nawiązująca do ponowoczesności, do płynnej rzeczywistości. Chodzi tu o inne spojrzenie na rzeczywistość. O telewizję performatywną, czyli stwarzającą coś. Performatywne jest na przykład: „Biorę sobie ciebie za żonę”. Przez sam fakt wypowiedzenia jakiegoś rytualnego sformułowania zmienia się rzeczywistość społeczna. A poprzez obecność telewizji, mediów w naszym życiu rzeczywistość społeczna też się zmienia. Telewizja zmienia rzeczywistość, ale też w dalszym ciągu ją relacjonuje. Zdaje sprawozdanie z rzeczywistości, a jednocześnie ją organizuje. Zatem jesteśmy w pętli! Staram się właśnie pisać o tym zapętleniu.

 

 

Kiedy zaczynałem pracę w mediach, a jednocześnie pracę na scenie Piwnicy Pod Baranami jako muzyk, szukałem sobie jakiejś teorii, zrozumienia, uzasadnienia. Czytałem już potem wiele medioznawczych prac, które do mnie nie przemawiały. Dlaczego? Ponieważ jedynie opisywały to, co robię. Nie wyjaśniały sensu tej pracy! Przykładowe banały: „Liczba seriali wyprodukowanych w 2018 roku to tyle i tyle” czy „Kolejność newsów w programie informacyjnym jest taka a taka”. Super, tylko co z tego? Pytam, dlaczego, po co i próbuję to rozwijać. Jasne, to są interpretacje. Pogranicze humanistyki i socjologii rozumiejącej, interpretacyjnej. Nie badam rzeczywistości z lupą. Wybieram fragmenty teorii, syntetyzuję, łączę i przekładam na przedmiot badań, czyli telewizję, media.
A telewizję rozumiem dzisiaj bardzo szeroko. Nie tylko jako tradycyjną. Dla mnie telewizją jest YouTube, jest – co oczywiste – Netflix, HBO. Chociaż HBO mówi, że to nie telewizja – tak się reklamowali. Przez sam fakt zaprzeczenia jest to ciekawostka: że nie są, a przecież do cholery są! (śmiech)

Można powiedzieć, że zaczęło się od poczucia braku. Kiedy stwierdziłeś, że nie ma na rynku prac, które zaspokoiłyby twoją ciekawość, napisałeś je sobie sam (śmiech).

To bezczelnie i egoistycznie brzmi, ale trochę tak jest. Oczywiście, jest wiele prac, które wyczerpywałyby temat w jakiś sposób, ale one nie traktują bezpośrednio ani o telewizji, ani o mediach. Nauka szuka nowych pól, przedmiotów, opisu i analizy. Idzie do przodu poprzez nowe pomysły. Znowu zmiany: perspektywy, spojrzenia, ujęcia. Jeśli będzie mi się to udawało, to będę jednym z bardziej szczęśliwych ludzi. A szczęście to kwestia indywidualna. - Dlaczego jesteś szczęśliwy? – Bo ja tak uważam. I tyle.
Czytelników moich dwóch poprzednich książek przepraszam za nie do końca zrozumiały styl. Teraz pracuję usilnie nad tym, żeby styl był bardziej ludzki (śmiech), czyli bardziej publicystyczny, przystępny, ale zachowywał tak zwaną naukową rzetelność.

Stałeś się naukowcem. A pamiętam cię sprzed lat jako wielce obiecującego muzyka, pianistę. To już nie jest twoja droga?

Od razu zastrzegam: nic nikomu nie obiecywałem, jeśli chodzi o karierę muzyczną (śmiech). Dużym rozłamem było to, że oderwałem się od Krakowa. Straciłem bezpośredni kontakt z artystami Piwnicy Pod Baranami, którzy wnieśli ogromnie wiele do mojego życia. Jeździłem przez x-lat do Krakowa na sobotnie kabarety…

Zatem pępowina długo jeszcze łączyła cię z Krakowem.

Długo. Był chyba rok 2004, kiedy wszedłem we współpracę z Januszem Radkiem przy jego projekcie „Serwus Madonna”. Zagraliśmy blisko dwieście koncertów przez następne dwa lata. Grałem jeszcze czasami dla ś.p. Ani Szałapak. Nie do końca udało się połączyć dwa miasta. Kraków był początkiem lektorki, ale też był pełnią grania. Gdy wyjechałem do Warszawy miałem pełnię lektorki, ale pół grania. W międzyczasie pojawiła się praca dziennikarska, redaktorska i poczułem – po paru latach ciągnięcia w sumie trzech zawodów – że z czegoś chcę zrezygnować. I rezygnacja z muzyki przyszła nie wiem skąd…
Cały czas myślę muzycznie. Muzyka jest rodzajem języka wewnętrznego. Podczas słuchania muzyki ludziom znającym nuty, grającym na instrumentach czy umiejącym śpiewać uruchamiają się w mózgu te same obszary, które są odpowiedzialne za interpretację i rozumienie słów. A świat jest de facto językiem.

 


Słuch muzyczny chyba pomaga w lektorstwie?

Bardzo, bo możesz spokojnie nagrywać zwiastuny 1:1. Wiesz, co będzie za kilka sekund. I nie jest to tylko praktyka, że nagrywałeś to już milion razy. Za pierwszym razem może nie, ale już za trzecim wiesz, co będzie za chwilę.
W reklamie jest trochę inaczej. Reklama jest zawsze rzeźbiona, wypucowana, bardzo dofinansowana. Przychodzi agencja, są klienci. Tutaj pół sekundy w tę, a tu w tamtą stronę. Głośniej ale ciszej, wolniej ale szybciej…

Tradycyjnie ale nowocześnie…

Tak, tak. (śmiech) Ale patrzcie: te sprzeczności to jest właśnie ta ponowoczesność, ta płynność, ta nieprzewidywalność. To projektowanie wszystkiego tu i teraz, bez wielkich narracji, pojęć i kategorii, które wpojono nam jako społeczeństwom, państwom, grupom, rodzinom, które formowały życie przez lata. Wartości oświeceniowe czy Rewolucji Francuskiej - „wolność, równość, braterstwo”. Gdzie to dzisiaj jest, w tej formie, którą znamy z książek historycznych, podręczników? Nie ma tego. To znaczy też jest, jasne, ale pojawiła się cała masa innych rzeczy.
Rezygnacja z muzyki przyszła do mnie sama. Miałem też mniej telefonów i odmawiałem przez obowiązki w telewizji. Zakochałem się w dziennikarstwie, a właściwie w pracy – powiedzmy - media workera.

Telewizja od wewnątrz może oczarować?

Myślę, że może. Sam też pracowałeś w telewizji. Pewnie się ze mną zgodzisz, że to jest fantastyczna praca zespołowa. Poznajesz fantastycznych, różnorodnych ludzi, dla których niekoniecznie jedynym celem jest program i oglądalność. Jest atmosfera w pracy, są integracje, gry i zabawy po pracy. Z takich gier i zabaw mam dzisiaj wspaniałą rodzinę… to jest w pewien sposób źródło.
A poza pracą zespołową jest element pracy twórczej, technicznej, pracy odtwórczej – wszystko mnie tam spotkało. Wiadomo, byłem przed trzydziestką i nie ukrywam, że zachłysnąłem się telewizją. Dawała kopa – nos do góry, jestem dumny, jestem częścią Telewizji Polskiej. Tak myślałem wtedy. Dziś zostało mi to poczucie, ale na zasadzie: fajnie, że mi się udało, że pracowałem w takim miejscu. I jestem związany, jestem wizytówką, firmuję je w jakiś sposób. Abstrahując od kwestii politycznych, nie mają żadnego znaczenia; skoro czytam w Telewizji Polskiej od 17 lat, to przeżyłem wiele zmian politycznych, rządowych.  Jakoś mimo wszystko udało mi się utrzymać. Zatem nie dorabiałbym tu jakiejś ideologii.
Zachłysnąłem się na jakiś czas. Koleżanki i koledzy z redakcji oprawy i promocji Dwójki ściągnęli mnie trochę na ziemię. Fajnie, że spotkałem też takich ludzi. „Ej, Sanak, przestań pieprzyć. Co ty odstawiasz?” Przemyślałem to i rzeczywiście mieli rację, żeby nie gwiazdorzyć, zjeść tego Snickersa i od razu lepiej.

 


Mieszkasz od czterech lat w Lublinie. Ale w Warszawie bywasz?

Regularnie, choć dużo rzadziej niż wcześniej. Umożliwia to technologia, bo mam studio w domu. Pojawiają się zlecenia i super, że wyjeżdżając udało się zachować kontynuację. Nie paliłem mostów. Zresztą na UMCS pojawiają się też zadania, projekty do koordynowania związane z mediami.

Zaliczyłeś w życiu trzy miasta: Kraków – Warszawa – Lublin…

Taki mój Trójkąt Bermudzki.

Czy masz do któregoś z nich specjalny sentyment? Włączają się tęsknoty?

Każde z tych miast ma wyjątkową rolę w moim życiu. Z Krakowa pochodzę, tam się urodziłem. W Krakowie mieszka mój najstarszy syn Krzyś oraz tata, który wrócił z Lublina. Mieszkała ś.p. mama, która zmarła w zeszłym roku.
Z Warszawą jestem związany, bo tam poznałem Anię i tam posplatały się ścieżki mojej pracy. (Nie nazwę jej karierą, bo nie lubię tego słowa. Słowo kariera jest nieskromne). Życie w Warszawie dało mi ogromne szanse poznania innych realiów. Polska jest wciąż bardzo scentralizowana – i jeśli coś jest w Polsce, na pewno jest w Warszawie. Gdzie indziej trzeba szukać, a tam jest na miejscu. Żyje się niby szybciej, ale nie trzeba tak żyć. Znam masę ludzi, którzy mieszkają w Warszawie i żyją po swojemu. To też są mity.
Z kolei Lublin – przez same nazwy, choćby ulicy Lubelskiej w Krakowie – jest obecny od urodzenia. Czuję się związany tak samo z każdym z tych miast, ale obecnie domem jest Lublin. Kiedy wracam z Warszawy, czy kiedy jutro będę wracał z Dźwirzyna - zobaczę tabliczkę „Województwo Lubelskie”, odetchnę ze spokojem i poczuję się jak w domu. To mój dom, w którym czuję się spełniony i szczęśliwy, choć czasami strasznie zmęczony. Na przykład przez to poranne wstawanie. Choć już nie do programu, ale do programu, który nazywa się „Życie”. Lubię trochę to zmęczenie. Nazywam to obowiązkiem, który nie jest narzucony przez przymus zewnętrzny. To jest coś, co pozwala regulować życie. Mając poczucie odpowiedzialności idziesz do przodu, masz wewnętrzną busolę. To jest strasznie konserwatywne, ale nigdy nie ukrywałem, że jestem konserwatywny.

 

To jest po prostu twoje. A czy z czasem utracimy cię jako lektora na rzecz wykładowcy i autora poczytnych książek?

Piętnaście lat temu w życiu bym nie powiedział, że rzucę fortepian. On mnie definiował, nie wyobrażałem sobie siebie bez muzyki. Ale… nie wiem, nie mam pojęcia. Nie chciałbym też po raz drugi zrobić sobie małej krzywdy i rzucić czegoś, w czym podobno jestem dobry. Czy jestem dobry? W sumie nie wiem. Tak, jak potrafię u koleżanek i kolegów wynaleźć rzeczy, które nie są najlepsze technicznie czy interpretacyjnie – kiedy słucham siebie, to mam poważny problem. Bo mi się niewiele podoba. A jednak jestem w zawodzie 22 lata… utrzymałem się w nim. Dziękuję wszystkim, którzy mi w tym pomogli, Panu Bogu i samemu sobie. Ale… nie wiem! Nie mam pewności, nie mam planu 6-letniego, mapy drogowej. Lubię tę pracę. Pozwala jednocześnie się odmóżdżyć i coś poznać. Natomiast romans z uniwersytetem – teraz już zalegalizowany związek – też daje mi ogromną satysfakcję.
Był czas, kiedy chciałem wszystkiego naraz. Teraz już tego nie chcę, ale to są prawdziwe dylematy. Jeśli nie muszę czegoś rzucać, nie będę tego robił. Kiedy mnie do tego życie przymusi, postawi przed wyborem… Jest w Lublinie takie skrzyżowanie w kształcie litery T: możesz jechać w lewo lub w prawo, a przed tobą jest mur cmentarza. I napis: „W lewo, w prawo, prosto – jest wiele możliwości” (śmiech). Bardzo lubię to skrzyżowanie. A na pytanie odpowiadam „nie wiem” i – póki co – wolę utrzymać tak, jak jest.

Zatem Polscylektorzy.pl życzą tylko wyborów, a nie konieczności.

O, to piękne… dziękuję bardzo.

 


Zdjęcia: P. Strzałkowski / PolscyLektorzy.pl

Asystent planu: Renata Różycka

 

 

 

 

Brak komentarzy

Studio Medianawigator.com

reklama

Agencja MediaNawigator.com

Powered by:

Bank głosów Mikrofonika.net

reklama