W cyklu wywiadów BLIŻEJ MIKROFONU rozmawiamy z lektorami nie tylko o doświadczeniach zawodowych, ale też o tym, co ich osobiście ukształtowało, co ich porusza poza pracą. O sprawach, których nie znajdziecie w notach encyklopedycznych. Choć oczywiście polecamy opracowane przez nas biografie w bazie SYLWETKI LEKTORÓW.
Przemysław Strzałkowski polscylektorzy.pl: Ludzie związani z dubbingiem w zasadzie nie powinni lubić lektorów. Przecież lektor jest tańszy.
Jan Aleksandrowicz-Krasko: Nie da się ukryć, że zabieracie nam pracę. Ale trudno, jakoś się dogadamy. To co powiedziałeś jest całym clou historii. W latach powojennych dubbingowaliśmy jak wszystkie kraje dookoła. Dubbingowaliśmy wszystko, co udało się przemycić przez cenzurę. I byliśmy na najlepszej drodze, ale pojawił się lepszy cwaniak, który powiedział, że można to zrobić taniej. Dobrze, wszyscy wiemy, że dubbing jest drogi. Ale ciekawostka: pochodzę z takiej, a nie innej rodziny i jestem trzecim pokoleniem reżyserów dubbingowych. Żeby było śmieszniej; nie przez nas, a wszystkich dookoła zostało to nazwane polską szkołą dubbingu. Moja Babcia była jedną z jej twórców i filarów.
Początkowo lektor kosztował 50% dubbingu.
Technika była droższa.
To prawda, choć lektorzy cenili się wtedy wyżej. Potem oczywiście pojawił się lektor, który powiedział „przeczytam to taniej”. I jesteśmy w sytuacji, w jakiej jesteśmy.
Do pieniędzy na pewno będziemy wracać.
Mają niestety duże znaczenie, bo przez nie dubbing stracił swoją pozycję. Nie zachowały się oryginalne taśmy udźwiękowienia „Dwunastu gniewnych ludzi”, „Sagi rodu Forsythów” czy „Ja, Klaudiusz”, zawierające genialne, wielkie dubbingi. Zresztą wolę używać określenia „polskie wersje dźwiękowe”, bo niczego nie powtarzamy, niczego nie odtwarzamy, ale działamy twórczo. Tak jakbyśmy grali w teatrze, serialu lub filmie.
Skoro wspomniałeś o swojej Babci – mówi się, że tworzone przez nią ówcześnie polskie wersje filmów „ludzkich” były lepsze od oryginału. Tymczasem wydaje się, że obecnie dominują formy animowane.
Od pewnego czasu przyjęło się dubbingowanie animacji, tudzież kina familijnego. Rzadko mamy okazję, by zrobić dubbing aktorski dla dorosłych. Jednak ten trend zaczyna się zmieniać, co bardzo cieszy. Wyrosło pokolenie wychowane na dobrych dubbingach – jak chociażby „Harry Potter” – które tego chce.
A jeżeli ktoś nie widział dubbingowanej „Diuny” to polecam, bo to jest naprawdę niesamowita robota. Ale były na to pieniądze i czas. Bez tych dwóch rzeczy trudno zrobić dubbing dobrze. Oczywiście, że da się tanio – jak w słynnym powiedzeniu: „Ma być tanio, szybko czy dobrze?”
Dubbing musi kosztować, ale moim zdaniem otwiera dotarcie do zdecydowanie większej grupy odbiorców. Wiele osób ma w kinie problem z szybkim czytaniem. Poza tym napisy są zazwyczaj skrótową wersją dialogów, a lektor też nie nadąża z czytaniem całej listy dialogowej.
Tutaj lektorzy „szeptankowi” pewnie by zaprotestowali, że ogarniają (śmiech). Tak czy owak - uwaga widza musi podążać i za napisami, i za akcją. To może rozpraszać.
Gdy mówię ludziom nie będącym fanami dubbingu, że jest on najmniej niszczącą film opcją opracowania dźwiękowego, to mnie nie rozumieją. Ale tak jest, bo dzięki dubbingowi napisy nie odwracają uwagi. Inaczej bywa, że zasłaniają fragment obrazu. Nie sposób wtedy oddać się w pełni odbiorowi. Z kolei nie każdy włada językami obcymi na tyle płynnie, by obejrzeć film w pełni komfortowo.
Przechodząc do formy telewizyjno-streamingowo-domowej: lektor zagaduje całą ścieżkę. Nie słyszymy wtedy w pełni efektów dźwiękowych, bo są przyciszone. Nie jesteśmy w stanie delektować się ścieżką muzyczną, ponieważ jest zagadana. Zdarzają się też problemy z wypoziomowaniem dźwięku, choć nazywa się to „szeptanka”, bo lektor ma szeptać widzowi do ucha. Bywa również tak, że tłumacz opracowujący tekst dla lektora nie jest dobry i pomija rzeczy bardzo istotne. Natomiast dubbing daje możliwość oddania się w całości temu, co oglądamy.
A propos tłumaczeń. Litościwie pomińmy przeinaczenia wynikające z zachowywania poprawności. Na przykład bohater krzyczy „fuck off!”, a lektor mówi „odsuńcie się”.
Często dystrybutor filmu decyduje się na jakiś próg wiekowy. Jeżeli chce powiększyć krąg odbiorców dzieła, to nie może paść żadne przekleństwo. Jeżeli w oryginale lecą bluzgi przy progu wynoszącym „16”, a u nas robimy „13”, to wychodzą absolutne pomyłki. Uważam, że tego nie wolno robić. Ale to nie zależy już ani od lektora, ani od studia.
Zdarzają się również dubbingi, w których próbuje się obniżyć próg wiekowy. Grałem w serialu animowanym, w którym wszelkie żarty fekalne, tudzież nawiązujące do podtekstów seksualnych były wyrzucane. Tyle, że oryginalnie miało to kategorię „13+”, a polski dystrybutor postanowił ją obniżyć do „6”. I skończyło się tak, że trzy odcinki nie zostały w ogóle wyemitowane. Były o kupie, rzyganiu i tak dalej, więc nie można było nagle zmienić kategorii wiekowej.
Janusz Zadura jako Rico swego czasu sporo się narzygał podczas nagrań. Jakie określenia w dubbingu byłyby kompletnie niezrozumiałe dla człowieka z ulicy?
„Kłapy”, „gwary”, „synchron”, „sklejka”, „klatka”… Klatka to pojęcie czysto filmowe i oznacza pojedynczy kadr. Czasem trzeba coś przesunąć o 3-4 klatki w lewo lub w prawo. Sklejka wzięła się z bardzo dawnych czasów, gdy nagrywano na taśmach…
Tak zwanych rolkach…
…i montaż polegał na tym, że trzeba było wyciąć kilka klatek i skleić taśmą.
Podobnie jak w lektorstwie dziesięciominutowe rolki taśmy? Stąd wzięło się u lektorów liczenie wynagrodzenia za film od ilości „aktów”.
Ministerstwo wydzielało na każdy projekt „kilometrówkę” taśmy. I nie daj panie Boże, żeby się w tym nie zmieścić, bo potem trzeba było słać pisma z prośbą o kolejne metry. Oczywiście, że stąd wziął się „akt”.
Zatem adrenalina. Towarzystwo stoi przed mikrofonem, nagle pomyłka i ciach, od początku.
Pamiętam te czasy, bo zaczynałem grać na taśmę u Babci. Był rok 1987 i miałem 7 lat. By móc to robić… w dwa tygodnie nauczyłem się czytać. System pracy był zupełnie inny. Przede wszystkim polegał na tym, że szło się scena po scenie. Skakanie po scenach było wyjątkiem. Wszyscy aktorzy siedzieli w bufecie – tak, jak do dziś zdarza się w Teatrze Polskiego Radia – i kierownik produkcji zapraszał ich po kolei. Podchodziło się do pulpitu i oglądało uważnie scenę z projektora. Potem był kolejny przebieg: zapoznanie z tekstem. Oczywiście był to maszynopis. W trzech kopiach, więc na ostatniej kopii nic już nie było widać, bo trzeba było oszczędzać kalkę. Trzecia kopia nadawała się dla tych o najlepszym wzroku, a i tak niektóre kwestie musieli poprawiać długopisem. Tym bardziej, że przy wątłym świetle projektora na sali było ciemno jak w dupie.
Robiło się próbę czytaną, po czym następowała próba – jak to nazywam – baletu przy pulpicie. Bo nie było problemu, gdy w scenie grało dwóch aktorów. Ale trzech, czterech, więcej?
Powiedz swoje i zrób miejsce innym.
Na dodatek nie można było przywalić w pulpit czy szurnąć nogą. I równanie poziomów przed mikrofonem: wyżsi i niżsi. Dzieci musiały zazwyczaj mieć podest. Wiktor Zborowski był jednym z ukochanych aktorów mojej Babci, ponieważ jako żuraw ponad wszystkimi mógł spokojnie swoje powiedzieć.
Jeżeli ktoś się pomylił, to trzeba było wszystko wyrzucić. Dlatego w starych dubbingach grali najlepsi aktorzy, a młodsi czuli presję, żeby nie schrzanić roboty.
Porzuciliśmy temat dubbingowego mini-słownika.
Tajemnicze „gwary”. Nie chodzi o mówienie gwarą poznańską, śląską, góralską, warszawską czy jakąkolwiek inną – choć szkoda. Taka dygresja – za każdym razem, gdy próbuję wrzucić do dubbingu jakąś gwarę, nikt mi na to nie pozwala.
Gwary to sceny zbiorowe, w których potrzebni są gadający ludzie. Sale, koncerty, bitwy, korytarze, ulice i tak dalej. Trzeba tam stworzyć przestrzeń: rozmowy, płacze, szmery, krzyki.
Wyobraźmy sobie scenę, w której gladiator wchodzi na arenę. Kamera idzie za nim, zapewne przez jakiś korytarz. Każdy wyobraził sobie teraz Koloseum. Dźwięk jest lekko stłumiony… po czym nagle mamy wokół siebie całą wrzawę publiczności. Tego nie da się zrobić dwiema ścieżkami, to absolutnie niewykonalne. Przy ultra-zdolnej ekipie gwarowej w tym przypadku wziąłbym osiem osób i myślę, że musielibyśmy nagrać przynajmniej dziesięć ścieżek. W takim dźwięku musi się dziać!

I wtedy wchodzi pan lektor, który w TVN czy TVP bierze 50 złotych za akt, a w oszczędnych studiach nawet 25. I posprzątane.
Dokładnie tak. Choć uważam, że wielu filmom czy serialom przydałby się dubbing. Rozumiem jeszcze lektora w rzeczach współczesnych, osadzonych w realiach. Ale tam, gdzie stworzony jest całkiem nowy świat, dubbing zabiera widza w podróż.
Na przykład bardzo żałuję, że nie powstał dubbing do serialu „Fallout”. Lektor psuje cały misternie zbudowany świat, a napisy są niestety marne. Obawiam się, że powstały na bazie ścieżki dla lektora. To wielka strata, ponieważ serial aż się prosi o kreacje dubbingowe. Oryginalną grę aktorską można by jeszcze podkręcić, zrobić coś fajnego.
To, że lektor wszystko psuje oczywiście wytnę… (śmiech)
Są produkcje, w których lektor jest absolutnie niezastąpiony. Nie będziemy przecież dubbingować filmu dokumentalnego; powinno to być wręcz zabronione jako sztuczne i nienaturalne. Mamy wprawdzie dwie opcje: lektor albo napisy, ale dobry lektor potrafi zdziałać cuda. Wiadomo, że wszelkiej maści filmy przyrodnicze bez lektora wręcz tracą magię. Z napisami nie wejdziemy w ten świat, bo lektor jest współtwórcą klimatu. Dobry lektor to skarb i w tej strefie dubbingowcy nie mają czego szukać.
Nawiązując do wchodzenia w światy: w Twojej rodzinie jesteś trzecim pokoleniem dubbingu. Czy to od początku była oczywista oczywistość? Uczyłeś się technologii żywienia.
Bardzo długo broniłem się przed aktorstwem. Pochodzę z rodzin aktorsko-reżyserskich z każdej strony; wszyscy się tym zajmowali a ja twierdziłem, że nie zrobię tego swoim dzieciom. Ale gdy nadszedł czas podejmowania życiowych decyzji – w moim przypadku w wieku 12 lat – stwierdziłem „dobra, zostanę tym aktorem”.
Na szczęście moja mama była bardzo mądrą kobietą, która niejedno przeszła. Wychowywała mnie sama i walczyła o nas, imając się wielu prac. Wlokłem się z nią od miasta do miasta i od teatru do teatru, prowadząc cygański żywot.
Powiedziała: „Synu, fajnie, że masz zamiar zostać aktorem. Trudno, popieram. A co jest drugą rzeczą, którą lubisz robić?” Ja na to, że bardzo lubię gotować. „Świetnie! Wobec tego zanim zajmiemy się szkoleniem aktorskim pomyśl, czy nie chciałbyś zrobić papierów kucharza”.
Miała rację. Najpierw skończyłem szkołę zawodową o profilu „Kucharz”, czego się absolutnie nie wstydzę i mówię o tym głośno. Potem poszedłem do technikum i otrzymałem dyplom technika technologii żywienia o profilu „żywienie zbiorowe” – tak dokładnie brzmi mój tytuł. I dopiero wtedy rozpocząłem kształcenie w kierunku aktorskim.
Właściwie trudno powiedzieć, że rozpocząłem, bo kształcę się w tym kierunku od siódmego roku życia. Po prostu poszedłem na uczelnię dającą papier potwierdzający, że umiem.
Uważam, że przy zawodzie artystycznym ten konkretny, kucharski backup jest bardzo, bardzo potrzebny. To coś, co zawsze da pieniądze. Ludzie raczej nie przestaną jeść. Choć kto wie, drukarki 3D zaczynają już tworzyć jedzenie. Ale myślę, że zawsze znajdą się zwolennicy ugotowania czegoś prawdziwego.
Poza tym dziewięć lat przepracowałem w gastronomii. Jestem średnim kelnerem, za to bardzo dobrym barmanem. Pracowałem przy scenografii, przy eventach… Mam zdrowe ręce i nogi, a żadna praca nie hańbi – dopóki nie robimy nikomu krzywdy.
Przemek Nikiel, wiodący głos RMF FM, od lat prowadzi pod Warszawą restaurację.
Flirt gastronomii z zawodami artystycznymi jest znany nie od dziś. Co knajpa to aktor, scenarzysta, filmowiec.
Wspomnieliśmy już o Twojej tradycji rodzinnej. Można by powiedzieć, że w dubbingu byłeś „skazany na sukces”.
Wcale nie miałem łatwiej. Nasza tradycja rodzinna polega na tym, że jeżeli pracowałem u mojej Mamy, a ona wcześniej u Babci, to mieliśmy ze wszystkich najbardziej przesrane. Po pierwsze: najłatwiej zrobić pokazówkę na własnym dziecku opieprzając je tak, żeby inni się bali. Po drugie: nie było odpuszczania, ale wyciskanie do końca jak cytrynę. Po trzecie: nie uprawialiśmy poplecznictwa. Dlatego paradoksalnie najciężej było pracować z moją Mamą. U innych reżyserów sobie odpoczywałem.
Sytuacja odwróciła się, gdy zostałem reżyserem dubbingu i zacząłem zatrudniać Mamę. Obowiązywała ta sama zasada, choć oczywiście jej nie katowałem. Aczkolwiek wiedziałem, na co Mamę stać i co można podciągnąć. Parę lat się znaliśmy.
Alek, a dokładnie Aleksander Maksymilian Orsztynowicz-Czyż, będący moim bratem i zarazem jak ja jedynakiem, też nie miał łatwo. Pomimo, że jest synem Jacka Czyża i pasierbem – brzydkie słowo, ale w myśl prawa – mojej Matki, też dostał podczas nagrań niezłą szkołę życia. Myślę, że to potwierdzi.
Ciekawi mnie moment przejścia: jesteś aktorem, a potem zostajesz reżyserem. Dla innych aktorów dotychczasowy kolega staje się wtedy… mentorem, szefem? Jak to odczułeś?
U mnie było to naturalne jak oddychanie. Wiedziałem, że pewnego dnia tym się zajmę; już jako dziecko nasiedziałem się w sali nagraniowej, a poza tym genu nie wydłubiesz.
Oczywiście usłyszałem uwagi w stylu: „Co, już nie chce się grać i będziesz reżyserował?” albo „Zabrakło talentu do grania, więc reżyserujesz?”, ale to koleżeńskie żarty.
Aktorzy chętnie do mnie przychodzą. Nawet, jeśli zdarza się projekt za mniejsze pieniądze. Jestem w stanie namówić tych, którzy nagrywają za inne stawki – i słusznie, bo to sobie wypracowali – gdy bardzo mi zależy na ich udziale.
Lubię rzucać aktorom wyzwania, obsadzając ich pod prąd ról, do których przyzwyczaili się widzowie. I nikt mi nie odmówił, łącznie z wysokimi nazwiskami. Praca układa się na tyle dobrze, że zazwyczaj pod koniec słyszę: „Gdybyś coś miał, to wal jak w dym – zawsze przyjadę”. Myślę, że jestem w odpowiednim miejscu i nie będę udawał skromności. Jestem w tym dobry.
Zaczyna mi brakować wyzwań… Mam nadzieję, że zrobienie filmu kinowego jest dopiero przede mną. „Kinówki” najczęściej są wyzwaniem. To filmy obliczone na długą żywotność i oczekuje się, że przetrwają wiele lat. A może nawet staną się kultowe.
Za to wyzwań nie brakuje Sekcji Dubbingu ZASP i waszemu związkowi zawodowemu. Przechodzimy do kategorii „technologia i prawo”. Przykład z sieci: porada „Jak nagrać życzenia wykorzystując głos znanej osoby”, prowadząca do usługi za jednego dolara. Jak z tym walczyć? I czy nie jest to walka z wiatrakami?
Oczywiście, że tak. I bez tej świadomości cały nasz wysiłek będzie bez sensu, bo możemy sobie siedzieć i opowiadać jacy jesteśmy skuteczni, ale dobre samopoczucie nie zagęści oczek sita.
Walka potrzebuje wsparcia ustawodawców. Bez odpowiedniej ustawy nie poradzi sobie choćby najprężniejsze stowarzyszenie, związek czy gildia. Trwają nad tym wzmożone prace. Nie jest to zbyt atrakcyjne medialnie i niewiele się o nich mówi, ale trwają. Międzynarodowe gildie pracują nad wprowadzeniem ustawowych zapisów w Unii Europejskiej i całym cywilizowanym świecie. Powstała organizacja UVA, czyli United Voice Artists, w której również działamy i stosujemy się do jej zaleceń.
Jeśli uznamy, że AI jest tylko narzędziem wspomagającym pewne procesy – to wszystko super. Ale nie zastępującym kogoś.

Oby prawo jak najszybciej dogoniło rzeczywistość. Póki co na jednej ze stron udostępniających mechanizm ElevenLabs słyszymy w próbce głosu: „Nie jest to do końca etyczne, ale w tym kierunku zmierza ten świat”. A w innym miejscu sprzedawcy głosowych klonów za dolara doradzają z rozbrajającą bezczelnością: „Upewnij się, że masz zgodę osoby, której głos chcesz sklonować”.
Osobiście nie mam pojęcia, dlaczego firmie ElevenLabs nie wytoczono od cholery procesów. Widziałem ich wszystkie próbki i wgrywki mające zachęcić ludzi na etapie startupu. Sądzę, że wszystkie były kradzione. Trudno użyć innego słowa i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Moim zdaniem nie możemy nazywać złodziejstwa nie-złodziejstwem. Śmiem twierdzić że wszystko, co zaciągnęli do swoich silników, pochodziło z rzeczy już zrobionych.
Nie rozumiem, czemu CD-Projekt nie złożył ogromnego pozwu przeciwko ElevenLabs, ponieważ większość rzeczy została ściągnięta z ich produktów, przede wszystkim z „Wiedźmina”. Na jakiej podstawie prawnej? Chyba, że ze sobą współpracują. To byłoby dla mnie jedyne wytłumaczenie.
W tej chwili ElevenLabs próbuje się kreować na firmę innowacyjną, która wspiera rozwój nowej technologii. No nie! Widzę to tak, że zaczęli od złodziejstwa i nie odpowiedzieli za to. Mogę to powtórzyć przed sądem, mogą mnie pozwać za zniesławienie. Zgłaszali się do mnie koledzy i koleżanki twierdząc, że nie wyrażali zgody na zaciągnięcie ich głosu do tego silnika.
Poza tym silnik tylko przetwarza dane i nie jest w stanie niczego STWORZYĆ. Wyjaśnijmy wszystkim, że głos wygenerowany przez AI jest tylko zlepkiem pobranych rzeczy. Rzekomo „stworzony” głos może być zmiksowanymi ze sobą głosami pięciorga ludzi. Nie sposób nazwać tego „tworzeniem”.
Podoba mi się to, jak świat zaczyna postrzegać AI. Ma być tylko narzędziem, bo nie może zastąpić artystów i prawdziwej sztuki. Nie masz talentu? Skorzystaj z AI, proszę bardzo. Dostałeś zabawkę i lecisz.
Pojawiają się zdecydowane reakcje radiosłuchaczy, którym nie podoba się „prowadzenie” programu przez panią AI.
Pierwiastek ludzki jest najważniejszy. Rozumiem, że przerzucamy wiele do świata cyfrowego bo jest to łatwiejsze, a doba ma wciąż tylko 24 godziny.
Łatwiejsze i tańsze.
Jednak pewnych rzeczy się nie zastąpi. Mam nadzieję, że fascynacja AI skończy się dokładnie tak samo jak przepowiednie, że kino spowoduje śmierć teatru.
Telewizja miała zabić radio.
A wcześniej radio miało wykończyć prasę. Teraz prasa jest w najgorszej sytuacji. Choć myślę, że po pewnym czasie wyjdzie z tego obronną ręką. Bo ludzie chodzą i do kina, i do teatru. Słuchają radia i oglądają telewizję. Mówi się, że telewizję zabiją platformy streamingowe. Ale nie zapominajmy o tym, że ludzie lubią mieć wybór. Oczywiście streaming daje swobodę. Pokolenie naszych rodziców miało jeszcze unormowany dzień pracy od-do i było w stanie usiąść przed telewizorem o zaplanowanej porze. My już nie.
Jeżeli AI stanie się jednym z udogodnień – jak audiodeskrypcja w czasie rzeczywistym, którą jest w stanie niesamowicie ogarnąć – to jest idealne, by nas wspomagać. Ale są możliwości potencjalnie niebezpieczne. Każdy, kto dorastał w latach 90 pamięta, że po obejrzeniu „Matrixa” bał się uruchomić komputer. Skoro uczymy AI wyciągania wniosków…
Właściwie po co mi ludzie?
Niedoskonali. Wszystko psują.
Niestety zawsze coś pójdzie „bokiem”. Syntezator mowy Ivona wymyślono jako pomoc dla niewidomych, a tymczasem o jego pierwszym głosie – lektorze Jacku Labijaku – mawia się, że „przeklął na YouTube więcej razy, niż ty w całym życiu”.
Ważne, by wykorzystywanie AI nie było głupie, nieodpowiedzialne i nieuczciwe. Niestety wiemy, że o uczciwości nie ma co mówić. Tymczasem odpowiedzialność powinni ponosić ci, którzy okradają innych z wiedzy, dorobku i warsztatu.
Kolejnym zagrożeniem jest technologia deep fake. Odróżnienie prawdy od zmanipulowanego wizerunku będzie coraz trudniejsze. Jeżeli bliska lub publiczna osoba powie nam nagle coś przerażającego – jak mamy to zweryfikować? To otwiera kolejną sferę cyberprzestępstw.
Dla oszczędności sentymenty zazwyczaj idą na bok. Czy jednak świat dubbingu powinien obawiać się platform, które dają możliwość zmiany języków i kreowania dowolnych emocji?
Gdy zaczynamy mówić w innym języku, zazwyczaj zmienia się tembr głosu. Nie wszyscy o tym wiedzą. A wystarczy uważnie słuchać, gdy przy stoliku siedzi międzynarodowe towarzystwo. Zmiana języka oznacza zupełnie inny tembr i sposób mówienia. Dlatego, że obcy język ma inne sylaby, sybilanty, uderzenia, akcenty, wdechy, wydechy…
I aktor obcojęzyczny przetworzony przez AI na język polski będzie brzmiał jak wujek Zenek, który jest prostakiem. Jednak AI może zrobić wprawkę w danym języku, ułatwiającą aktorom pracę. To może być jakaś droga, choć wolałbym grać pod oryginał.
Tu akurat technologia deep fake mogłaby uprościć pracę przy „kłapach”. Łatwiej byłoby idealnie zsynchronizować ruch ust. I moglibyśmy zrobić pełny przekład tekstu, bo zazwyczaj z angielskiego wyrzucamy łączniki, upiększacze i tak dalej.
Ponownie kategoria „prawo”, ale będzie przyjemnie. Za wami boje towarzyszące ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Sukces! Macie tantiemy.
Lektorzy również mają. Oczywiście nie mówimy o szeptankach, ale jeśli chodzi o pracę nad audiobookami – jak najbardziej. W poprawkach do ustawy zostały wprowadzone audiobooki, które będą podlegały tantiemizacji. Dlatego warto pamiętać o odpowiednich zapisach w umowach.
Tak, zakończyliśmy rok z dużym sukcesem i przytupem. Pewnym zgrzytem jest tylko to, że nie udałoby się wywalczyć naszych praw bez nacisku ze strony Unii Europejskiej. Naszym rządzącym zabrakło troski o język polski, jego czystość i artystyczny przekaz.
Niestety nie udało się ruszyć z ustawą o statusie artysty zawodowego, choć rząd twierdzi, że nie trzyma niczego w zamrażarce. Przypominamy, że coś tam jednak leży, bo ustawa jest niezwykle istotna dla całego środowiska artystycznego.
Mamy nadzieję, że Ministerstwo Kultury dotrzyma słowa. Pomimo, że artyści nie są osobami, które wyjdą na ulice i spektakularnie podpalą opony albo zablokują ruch. To nie jest nasza forma walki. Choć w sumie byłoby można zwrócić się do rolników, żeby nam pomogli. Mogliby pożyczyć parę traktorów, bo przecież też lubią seriale.
Mówiąc poważnie: udaje nam się załatwiać sprawy pokojowo, kulturalnie i ładnie. Urządzaliśmy wesołe mityngi, były występy artystyczne i performance’y. Mam nadzieję, że właśnie tak jesteśmy odbierani.
Osiągnięcia pozostaną dla przyszłych pokoleń. A propos następców – co z czwartym pokoleniem dubbingowym Twojej rodziny?
Ojej! Moje chłopaki mają dopiero 13 i 10 lat. U starszego raczej nic nie wskazuje na to, że pójdzie w kierunku artystycznym. Uff! Krąg jego zainteresowań zmierza w stronę biologii i koegzystencji człowieka ze światem. Bardzo nas cieszy, że jest na to wyczulony i pięknie patrzy na świat. Chciałbym i zrobię wszystko, by szedł własną drogą, a nie moją.
Młodszy… niestety wszystko zapowiada, że jest skażony naszym genem.
Zatem jest szansa!
Nie wiem, czy szansa (śmiech). Miejmy nadzieję, że starszy brat zostanie bardzo docenianym, zarabiającym kupę pieniędzy naukowcem i będzie mógł młodszego brata-artystę wspomagać. Oczywiście żartuję. Jednak wygląda na to, że gen się wybił i chłopak podąży w tym kierunku. Póki co ma 10 lat, więc nic nie jest przesądzone.
Obaj rzecz jasna zrobili już coś w dubbingu i audiobookach. Młodszemu podoba się to, że robi fajne rzeczy, a starszy jest zadowolony, bo może zarobić pieniądze. Co nie znaczy, że nie jest wrażliwy. Odbiera świat całą duszą, czasem wręcz zbyt mocno. Pewnie nie będzie mu w życiu łatwo. Z drugiej strony myślę, że brakuje nam ludzi tak ładnie patrzących na świat. Potrafi przełożyć te emocje na głos; zagrał pięknie w jednej z moich ulubionych produkcji „Zaginiony Ollie”. To fajnie opowiedziana historia z mądrym morałem dla dzieciaków z niszy wiekowej 10-15. Modest ma talent i potrafi, ale dubbing go nie kręci.
Twoim synom i nam wszystkim życzmy wystarczająco grubej skóry, ale z zachowaniem wrażliwości.
To bardzo dobre podsumowanie tej historii.

Zdjęcia: Przemysław Strzałkowski / PolscyLektorzy
Asystentka planu: Renata Strzałkowska
Tutaj przedstawiciel Dubbingpedii. Chcę omówić dwie kwestie: 1) Ja, Klaudiusz był wyświetlany z dubbingiem w 2014 roku, problem leży w zmodyfikowanej wersji zrekonstruowanej, do której polski dubbing niestety nie pasuje. 2) Nie zgadzam się z opinią, że dubbingowcy nie mają czego szukać w filmach przyrodniczych, na ten przykład filmy dokumentalne czytane w oryginale przez znane gwiazdy, aż się prosi żeby w wersji polskiej czytała to osoba, która wcześniej podkładała głos aktorowi, ew. głos z audiobooków. Natomiast pewna zmiana w postrzeganiu dubbingu zaczyna być zauważalna, widać to po prośbach o dubbing do Hazbin Hotel pod komentarzami na kanale Prime Video na YouTubie.